„Czekając na męża” – Andrzejki

Andrzejki, ach te andrzejki. Łezka mi się kręci w oku na wspomnienie szkolnych andrzejkowych potańcówek i wróżenie z wypiekami na twarzy powtarzając sobie w myślach „byle to był on, byle to był on”. W poźniejszych latach, za studenciaka,  spotykało się w babskim gronie na wróżbach, nierzadko przy „ekonomicznym” winie, opijając nim pomyślne wróżby lub topiąc smutki po tych nie do końca spełniających oczekiwania. Różnie to bywało ze sprawdzalnością tych wróżb, ale zabawa zawsze była przednia.

Andrzejki – kto w ogóle na to wpadł

Generalnie jak chodzi o to święto, to aż trzy narody spierają się o to, kto je „wymyślił”. Uczeni i historycy w Grecji twierdzą, że powstało ono na Sporadach, pięknych wyspach na Morzu Egejskim, gdzie wróżenie z ulanych woskowych figur było bardzo popularne.

Niemcy z kolei upierają się, że to właśnie na ich ziemiach powstał zwyczaj świętowania „andrzejków”. Święty Andrzej, uważany za najlepszego ze świętych miał otrzymać swe magiczne moce od boga Frey’a – „patrona stadła małżeńskiego, dawcy dzieci i wszelkiego urodzaju”.

No i oczywiście my, Słowianie. Jak mogłoby zabraknąć naszej teorii w sprawie andrzejkowych czarów. My, Słowianie uważamy mianowicie, że Andrzej otrzymał swe moce od bożka weselnych godów o wdzięcznym imieniu Godun. Cytując za Mitologią Słowiańską z 1911 roku: „starosłowiańskim bożkiem miłości był Lubicz, a jego towarzyszem bożek weselnych godów – Godun”, i tak „bogini Łada upiększała młodzież, znajomiła ją miedzy sobą podczas święta schadzki i pociągała ku sobie wzajemną sympatią. Bożek Lubicz ją rozpłomieniał, a Godun łączył węzłem małżeńskim”.

Sam zaś Święty Andrzej urodził się w Betsaidzie (Galilea) w I wieku i był przede wszystkim patronem książąt burgundzkich, a jego krzyż (owszem, wylądował nasz święty na krzyżu) wraz z czasem stał się symbolem całej Burgundii. Co ciekawe, choć na przestrzeni wieków święty Andrzej wziął pod swoją opiekę rzeźników, górników, żeglarzy, czy rybaków, to nie wiadomo dlaczego i panny przywoływały go w modlitwie o pomoc w znalezieniu dobrego męża. Nie wiadomo również, dlaczego noc świętego Andrzeja, czyli z 29 na 30 listopada była ponoć najlepszym czasem na podejmowanie kluczowych decyzji. Prawdopodobnie najstarszym dowodem w Polsce na istnienie andrzejkowych wróżb jest Komedia Justyna i Konstancjej (1557, Marcin Bielski):

Nalejcie wosku na wodę,
Ujrzycie swoją przygodę
Słychałam od swej macierze
Gdy która mówi pacierze
W wigilję Andrzeja świętego
Ujrzy oblubieńca swego (…)
Nie kuś Bogiem, ni jego świętymi
Nie pętaj się czarami przeklętymi!
Nie pomogą tobie lane woski,
Jest każdej dar obiecany bosk
i

Modlitwy i inne zaklęcia

Oczywiście lanie wosku, a w dawnej Polsce również ołowiu i cyny, jest najbardziej znaną andrzejkową wróżbą. Powstało już o nich tyle artykułów, wpisów, ba! całych książek, że już tutaj odpuszczę interpretacje, opowiem Wam natomiast o pomysłowości staropolskich panien. A tutaj ich fantazja nie miała granic. Jednym z mniej ekstremalnych andrzejkowych zwyczajów było nadgryzienie jabłka i… włożenie go sobie pod poduszkę. Jeśli ukochany nie przyszedł nawet skosztować owego smakołyku, a nie czarujmy się, raczej nie przychodził, to była choć szansa, że się przyśni. Ukochany. Nie jabłko. Aby również we śnie spotkać się ze swoją miłością należało „pościć albo i suszyć dzień cały, nawet wody nie pijąc, po czym na wieczerzę jedno śledzia słonego zjadłszy, położyć się spać, a uważać pilnie na młodziana, co we śnie wody poda, on ci będzie mężem”. Hmm.. ciekawe, jaką młodzian miałby minę, gdyby jednak wpadł na wcześniej wspomniane jabłko, a zastał pannę „pachnącą” śledzikiem.

Panny na Podlasiu to dopiero stawiały sobie wyzwania. Aby dowiedzieć się, kto zostanie ich mężem, musiały zmówić „dziewięć pacierzy stojąc, dziewięć klęcząc, dziewięć siedząc”. A jeszcze lepiej byłoby, gdyby te wszystkie modlitwy, jabłka i słone śledzie wzmocnić w swym magicznym działaniu. A jak? Należało włożyć pod poduszkę męskie spodnie (koło jabłka?) a przy boku trzymać wałek do maglowania bielizny.

Rozważne i romantyczne

Bardzo ciekawym zwyczajem, który uprawiały co odważniejsze dziewczęta było sianie konopi. Panna wybierała się wieczorem w pole, by siejąc konopie modlić się do świętego Andrzeja. Następnie należało położyć się opierając głowę na kamieniu i czekać na nadejście we śnie męża wprost z wysianych konopi.

Te mniej odważne, albo może bardziej rozsądne siały len. I to w domowych warunkach nie włócząc się nocami po polach. Jest jeszcze inna wróżba dla odważnych związana z nocnym spacerowaniem. A mianowicie należało pod osłoną nocy wyjść na rozstaje dróg i zapytać pierwszego napotkanego mężczyznę o imię. Takie właśnie miało być imię przyszłego męża. I wcale zresztą nie zdziwiłby mnie fakt „wysokiej skuteczności” tej wróżby 😉 Panny strachliwe przewracały z zamkniętymi oczami karty w kalendarzu siedząc bezpiecznie w domu.

Kot, pies i magiczne bułeczki

Do niezwykłej pomocy przy wróżbach angażowane były przeróżne zwierzęta: kot (koniecznie czarny z białą łatką na czole), kura (czarna), gąsior, czy pies.

Wróżba z wykorzystaniem kota wyglądała tak: panny stawały w ścisłym kręgu, w którego środku znajdował się kot. Ta dziewczyna, przez której nogi kocisko usiłowało się przecisnąć w drodze ucieczki, miała pierwsza wyjść za mąż.

Pies miał trochę lepiej, ponieważ miał przy okazji szansę załapać się na smakołyk. Otóż dziewczęta wypiekały na okazję wróżb specjalne pierożki, zwane jędrzejkami. W pokoju na podłodze rozkładały karteczki z imionami chłopców, a na karteczce  kładły smakołyk. Następnie wpuszczały psa. Kolejność zjadanych przysmaków mówiła o kolejności zamążpójścia.

Innym połączeniem kulinariów i psa było wypiekanie tzw. bałabuszek. I tu uwaga! Aby bułeczki miały swoją moc, mąka na nie musiała być ukradziona z domu ukochanego. Jeśli kradzież się nie powiodła, mąkę należało sobie zmielić samemu na żarnach obracających się wyłącznie w lewo. Trudności było jeszcze kilka. Na przykład woda do wyrabiania ciasta musiała być koniecznie źródlana i czerpana o północy lub samo w południe, a niosąc ją nie można było się obejrzeć. Bułeczek należało upiec piętnaście. Następnie panny zbierały się, układały specjalnie oznakowane bułeczki i wpuszczały głodnego psa. Tej, której pierwszej bułeczkę porwał, oznaczało zamążpójście. Jednak i tutaj zaczynały się schody: jeśli pies smakołyk jednie nadgryzł, a nie zjadł w całości to oznaczało, że dziewczyna zostanie porzucona. A jeśli tylko zaniósł pod próg lub pod parapet, to już w ogóle katastrofa, gdyż zwiastowało to tragedię.

Magiczny talerzyk

Inna wróżba polegała na chowaniu pod talerz różnych przedmiotów: grudki ziemi, kwiatka, różańca, pieniędzy czy chleba. Następnie panna z zawiązanymi oczami miała wskazać wybrany przez siebie talerz i w zależności co pod nim znalazła, tak miały potoczyć się jej losy. I tak oto kwiatek symbolizował staropanieństwo, różaniec – klasztor, chleb – głód, biedę, pieniądze bogactwo.

Skąd przybędziesz, ukochany

Łatwiejszym sposobem było przewidzenie, z którego kierunku nadejdzie (lub jak bogatszy to nadjedzie) przyszły mąż. Wystarczyło tylko o północy wyjść przed dom i posłuchać, z której strony szczeka pies. Sytuacja się komplikowała, gdy wszystkie okoliczne Azory wzięło na dyskusję.

Wampiry, wiedźmy i samobójcy

A teraz będzie mrocznie…Na południe Polski spory wpływ miały rumuńskie wierzenia i karpacki wampir. To właśnie tutaj wierzono, że w nocy świętego Andrzeja wyjątkowo aktywnie działają wszelkie wiedźmy i upiory. Ale na nie też był sposób, połączony oczywiście z wróżbą. Otóż na drzwiach domów, obór, itp. kreślono ząbkiem czosnku znak krzyża. Poźniej, aby przyśnił się przyszły mąż, taki czosnek w ilości trzech ząbków należało skonsumować. I znów myślami wracam do tego biednego amanta, którego nocą podkusiłaby wizyta na jabłko…

Inne wierzenie mówi, że wigilia świętego Andrzeja to czas, gdy z grobów wychodzą dusze samobójców. Aby uchronić się przed wizytą takiego delikwenta należało spalić palmę wielkanocną (dotąd trzymanej za świętym obrazem). Zwyczaj ten nosił nazwę „ogni świętego Andrzeja”. Dziewczęta z zamkniętymi oczami wyciągały z ognia resztki palm: jeśli niedopałek był długi i mocno żarzący się – czekała ją miłość i długie szczęśliwe małżeństwo, krótki i przygasający, wręcz odwrotnie. Skuteczne też ponoć „na miłe sny” ze swoim amantem w roli głównej było nawdychanie się dymu ze spalonych palm. No cóż… to akurat jakoś by mnie nie zdziwiło.

To na tyle o wróżbach. Czas na krótki przepis 🙂

„Czekając na męża” to portugalski deser, który idealnie wpasowuje się w klimaty wieczorów pełnych magii.

Składniki:

250 g cukru
6 jajek
Pół szklanki wody
Cynamon

Przygotowanie:

Gotujemy na małym ogniu wodę z cukrem, aż utworzy się lukier (do nitki). Zdejmujemy z ognia, studzimy. Dokładnie roztrzepujemy jajka i wlewamy je do prawie zimnego lukru, cały czas ubijając. Stawiamy na małym ogniu i ubijamy trzepaczką, aż masa zacznie rosnąć, wówczas przelewamy do salaterek, posypujemy zmielonym cynamonem. Podajemy na zimno lub na ciepło.

Udanej zabawy!

Bibliografia: „Polskie tradycje świąteczne”, Hanna Szymanderska. Przepis również pochodzi z tej książki

 

 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *